środa, 26 lipca 2017

Rozdział 5: Pierwsza Misja.

   


   Powrót do organizacji przebiegł w dość smętnej, wręcz sztywnej (zblazowanej) atmosferze. Wszyscy szli w milczeniu, a każdy z osobna wydawał się być pogrążony we własnych myślach. Tylko Kakuzu jako jedyny mruczał pod nosem różne przekleństwa, bo jak nie trudno się domyślić to właśnie jemu w udziale przyszło nieść ciało nieprzytomnego towarzysza z powrotem do kryjówki. Od razu skojarzyłam, że ta uroczysta wiązanka bez cenzury była skierowana wyłącznie pod mój adres, ponieważ gdy tylko Pain wydał mu polecenie, z przymrużonych oczek zamaskowanego mężczyzny, wręcz posypały się iskry. Rozumiałam jego gniew, ale nie mogłam delikatniej potraktować Hidan'a. To była lekcja pokory po której to szczerze liczyłam, że wyciągnie jakieś wnioski. Dlatego jedyne co mogłam uczynić dla Kakuzu w ramach rekompensaty to posłać mu przepraszający uśmieszek. Niestety on chyba potraktował to jako obelgę z mojej strony, bo wtedy jeszcze bardziej zmrużył oczy i wraz z Hidan'em na ramieniu odszedł jak najdalej ode mnie.
 
   Na szczęście oprócz tego małego zgrzytu, przez całą drogę do organizacji nie usłyszałam ani jednego komentarza na swój temat, bądź odnośnie stoczonej nie dawno walki. Było mi to szczerze na rękę, bo sama również nie czułam się w nastroju by gadać z kimkolwiek i o czymkolwiek. Nawet ta od dawna wyczekiwana rozmowa z Kisame musiała zostać przełożona na później. Zresztą po tym co odstawiłam prawdopodobnie rekiniasty i tak będzie się na mnie boczył. Postanowiłam więc, że pogadam z nim jutro, a do tego czasu przynajmniej oboje zdążymy już ochłonąć.      

  Gdy tylko przekroczyliśmy próg organizacji poprosiłam Pain'a by zaprowadził mnie do korytarza w którym znajdował się mój pokój. Na szczęście on nie pytając zupełnie o nic, skinął tylko głową i  po prostu ruszył przodem.   
  To prawda, że Lider wcześniej oprowadzał mnie po całej siedzibie, lecz nie sposób ogarnąć całego schematu kryjówki  po zaledwie jednej wycieczce . Z czasem na pewno wszystko zpamiętam, ale póki co wolałam zdać się na kogoś niż spędzić bóg wie ile na bezsensownych poszukiwaniach.  

   Okazało się, że do pokoju wróciłam jako jedyna, bowiem cała reszta ekipy udała się w stronę korytarza, który z tego co pamiętałam prowadził do kuchni i znajdującego się obok niej pokoju narad. Czyżby byli głodni? Być może, ale bardziej obstawiałam, że pewnie chcą się ze sobą podzielić wrażeniami z walki. Ja też chętnie bym dołączyła do tej zapewne interesującej dyskusji, gdyby nie wzgląd na okoliczności. Po za tym nic straconego. Jeszcze zdarzy się wiele okazji by przedstawić im mój punkt widzenia. W tamtej chwili koniecznie musiałam się odizolować.     

  Będąc już w środku swojej  samotni, wpierw zapaliłam światło, by następnie ruszyć w głąb pomieszczenia. Wyjęłam zza pasa kusurigame i bez namysłu odrzuciłam ją na puchaty dywan. Moja ukochana broń, cała upaćkana we krwi, prezentowała się wręcz skandalicznie. Aż  prosiła się o dokładne czyszczenie oraz porządną polerkę. Właściwie to nie tylko ona potrzebowała mojego natychmiastowego zainteresowania. Tak naprawdę w pierwszej kolejności musiałam zająć się samą sobą. Gdyby ktoś zobaczył mnie tak w nocy na ulicy to zawał murowany, w najgorszym przypadku zgon co byłoby nawet bardziej prawdopodobne.
  Jedwabna koszula naznaczona potem i krwią nadawała się już wyłącznie do śmietnika. Deszcz który lunął pod koniec walki sprawił, że brudny materiał wręcz przylepił mi się do skóry, a z będących teraz w nieładzie włosów powoli skapywała woda. Irytujące. Sięgnęłam szybko po jeden ze zwojów i rozpieczętowałam z niego suchy ręcznik, szczotkę i rzecz jasna komplet świeżych ubrań. Czarno-czerwona koszula w kratę i granatowe legginsy to dość częsty zestaw ciuchów w jakie się przebierałam. Dla niektórych wyda się to pewnie śmieszne albo obrzydliwe, ale nie przywykłam do noszenia piżamy. Kiedy jest się w ciągłej podróży regularne zmienianie odzieży przestaję być priorytetem. Dlatego też właśnie strój w jaki się przebrałam będzie mi towarzyszył jutrzejszego dnia.     
   Kiedy doprowadziłam się wreszcie do porządku, usiadłam po turecku na łóżku, a następnie wzięłam się za czyszczenie ukochanej stali. Zajęło mi to przeszło godzinę, ale w kwestii konserwacji kusurigamy nie przywiązywałam większej uwagi do poświęcanego czasu. Mogło to trwać choćby wieki, tylko grunt żeby broń była zadbana. W końcu należała do mistrza. Już zawsze będzie zajmowała szczególne miejsce w moim sercu.
   Po dniu pełnym wrażeń byłam już naprawdę padnięta i tylko marzyłam o tym aby  się położyć, ale czekała mnie jeszcze jedna mała rzecz do zrobienia. Pamiętacie pewnie jak wspomniałam wcześniej, że odkąd Ranmaru umarł, rysuje wyłącznie to, co jest definitywnie martwe. Tak, to była prawda, a przynajmniej aż do dzisiaj. Wygląd Hidan'a bowiem zafascynował mnie do tego stopnia, że po prostu musiałam uwiecznić jego postać na kartce. Oczywiście nie chodziło mi o zachowanie jego wyglądu codziennego, tylko o formę jaką przybrał podczas wykonywania tamtej chorej techniki. Była idealna. Prawdziwa śmierć, którą miałam zaszczyt uwiecznić na papierze. Zdawałam sobie oczywiście sprawę, że gryzło się to z moimi dotychczasowymi zasadami, ale jakby nie patrzeć Hidan był nieśmiertelny, czyli stanowił swego rodzaju wyjątek. On był jak jedna, wielka niewiadoma, więc chyba bez przeszkód mogłam podciągnąć go pod dowolną kategorie. Mogłam? No... być może. Ostatecznie tak właśnie to sobie wytłumaczyłam.    
   Z satysfakcją uśmiechnęłam się do skończonego rysunku, po czym westchnęłam ciężko i nagle posmutniałam. Myśl o jutrzejszej konfrontacji z Hidan'em wywołała u mnie dość mieszane uczucia. Wiedziałam, że powinnam obawiać się zemsty jaką Jashin'ista zapragnie mi zgotować, ale ja zamiast tego czułam pewien dreszczyk podekscytowania. Wszystko bowiem mogło się zdarzyć po tym co między nami zaszło. Mimo to, do końca miałam nadzieję, że załatwimy to w miarę pokojowo... albo chociaż bez większego rozlewu krwi.

  W końcu  zgasiłam światło, by następnie móc z ulgą rzucić się na łóżko. Zamknęłam szczelnie powieki i nie minęła nawet minuta, a ja z niesamowitym dla siebie zmęczeniem osunęłam się w ciasne objęcia, słodkiego Morfeusza.
                                        
  
                                                                        *      *      *


   Kiedy rano otworzyłam powieki, pierwszą rzeczą jaką dano mi było zobaczyć to rekiniasta mordka przyglądająca mi się z góry. W pierwszym momencie pomyślałam, że chyba jeszcze śnię, bo widok stojącego tuż obok Kisame wydał mi się dziwnie podejrzany. Szczególnie po wczorajszej akcji, kiedy to dałam mu się nieco we znaki. Nie wiedziałam za bardzo co powinnam powiedzieć, dlatego w milczeniu spoglądałam na niego szeroko otwartymi oczami.   

   - Śpisz? - Kisame zamachał mi ręką przed twarzą.

   - Tak się właśnie zastanawiam. - zamrugałam kilka razy. - Jesteś tu na prawdę, czy mi się tylko wydaję?

   - Czyli jednak nie śpisz. - stwierdził z westchnieniem rekiniasty. - To dobrze, bo nie mam zbyt wiele czasu. Przyszedłem tu aby zwrócić ci twój płaszcz, ale przy okazji również zgodziłem ci się coś przekazać, dlatego będę się streszczał.- położył mój płaszcz na skraju łóżka, a następnie kiedy ja w tym samym czasie ściągnęłam z siebie kołdrę i usiadłam po turecku, on  skrzyżował ręce na piersi i stanowczo oświadczył: - Lider wzywa cię do siebie. Nie wiem dokładnie w jakiej sprawie, ale cokolwiek by to nie było, lepiej się pośpiesz. Pain nie lubi gdy się go ignoruję... zresztą chyba nie tylko on, to się tyczy również innych. Mało który pozwoliłby sobie na to, aby go lekceważono. - znacząco podkreślił ostatnie słowo, po czym wskazał ręką na mój nocny stolik. - Proszę, tu masz mapkę dzięki której trafisz do gabinetu Lidera oraz kanapki, które zrobiłem ci na szybko. Wiem, że na pewno jesteś głodna, a nie ma sensu żebyś dodatkowo marnowała czas na poszukiwaniach jedzenia. Tylko z łaski swojej zjedz je zanim zdążą się zeschnąć. No... także z mojej strony to chyba wszystko.- stwierdził po namyśle, ale widząc moją dość dziwną minę (otwarte usta i nieznacznie przechyloną głowę) ku swoim wątpliwością zmarszczył brwi i na ostatek zapytał: - Hoshi, mam nadzieję, że słuchałaś tego co do ciebie mówiłem?

  Wtedy uśmiechnęłam się do niego szeroko.

  - Ooo, Kisame...- westchnęłam zauroczona jego postawą. - ...to takie słodkie, że się o mnie martwisz.

  Rekiniasty pokręcił głową ze zrezygnowaniem.

   - Oczywiście. Mogłem się tego spodziewać. Lepiej już pójdę. Widzę,że i tak nic tu po mnie.

   Po tych słowach odwrócił się na pięcie i już nic więcej nie dodając ruszył w stronę wyjścia, lecz... ja za sprawą nagłego impulsu, błyskawicznie stanęłam na łóżku i bez uprzedzenia rzuciłam mu się na plecy.  

  -  Ej młoda, co ty wyprawiasz!? - spytał zaskoczony moim nagłym zachowaniem.  

  - Kisame, nie odchodź... - poprosiłam go cicho. Następnie mocniej zacisnęłam ramiona wokół jego szyi, zamknęłam szczelnie powieki i przycisnęłam policzek do jego policzka. - ...ja... przepraszam. Wczoraj trochę za bardzo mnie poniosło. Nie chciałam cię źle potraktować. Wiesz dobrze, że jesteś dla mnie ważny. Tylko ty mi zostałeś... nie kłóćmy się, proszę.

  - Zejdź ze mnie, Hoshi. - odparł tylko, a ja nie chcąc mu się za bardzo narzucać, posłusznie zsunęłam się z jego pleców. 
 
   Przez chwilę oboje trwaliśmy tak nieruchomo. Wiedziałam jednak, że to tylko kwestia czasu. Byłam przekonana, że za moment ruszy do drzwi i nie obrzucając mnie nawet spojrzeniem, po prostu wyjdzie. Da mi w ten sposób nauczkę, mówiąc później, że to lekcja, a następnie pytając jakie wyciągnęłam z niej wnioski. Tak przynajmniej robił w przeszłości. Szczerze jednak wątpiłam, że od tamtej pory cokolwiek mogło się zmienić. Dlatego nie oczekując niczego więcej, spuściłam głowę ze zrezygnowaniem i z ogarniającym mnie smutkiem już tylko czekałam, aż moich uszu dobiegnie głuchy trzask zamykanych drzwi.
   Nieoczekiwanie jednak, poczułam jak dłoń Kisame ląduję na moim ramieniu. Uniosłam do góry wzrok i z ulgą dostrzegłam, że na jego twarzy maluję się szeroki uśmiech.

   - Już w porządku, Hoshi. Nie gniewam się. - stwierdził łagodnie, po czym dodał zupełnie poważnym tonem:- Masz rację, powinniśmy trzymać się blisko. Ludzie przecież odchodzą tak szybko. Nigdy nie wiadomo kiedy śmierć upomni się o nas... albo naszych bliskich. Naprawdę żałuje, że niedane mi było być tam wtedy z wami, bo... bo może gdybym wtedy tam był to...

   - …to by i tak niczego nie zmieniło. - dokończyłam za niego zdecydowanie. Zacisnęłam palce w pięści i spojrzałam na niego smutnym wzrokiem. - Kisame, nie oszukujmy się. Wielu ludzi już od dawna pragnęło jego śmierci. To co się wydarzyło było tylko kwestią czasu. Ranmaru został zamordowany i już nic, ani nikt nie przywróci mu życia.

   - Musiało być ci ciężko. - powiedział cicho, przyciągając mnie do siebie.

   - Było. - odparłam równie cicho i z wdzięcznością wtuliłam się w jego pierś.

   Nastąpiła chwila ciszy, w której to tylko wsłuchiwałam się w rytmiczne bicie jego serca. Nie przeszkadzało mi to w żadnym razie, a nawet wręcz przeciwnie. Mogłam trwać tak godzinami, bo  przy Kisame zawsze czułam się bezpiecznie. W końcu był najlepszym przyjacielem mojego najlepszego przyjaciela, więc... komu jak komu, ale jemu mogłam w pełni zaufać. Nawet pomimo tej całej przepaści jaką stanowił czas przez jaki się nie widzieliśmy, postanowiłam zawierzyć się w przekonaniu , że rekiniasty nadal jest tą samą osobą co wtedy. Może to głupie i lekkomyślne z mojej strony, no bo w końcu to właśnie przez przyłączenie się Kisame do Akatsuki, jego kontakt z  Ranmaru tak niespodziewanie się urwał. Niestety mój najdroższy Ran, tajemnice przebiegu ich ostatniego spotkania zabrał ze sobą do grobu, przez co ja nigdy nie dowiedziałam się od niego o czym tak naprawdę rozmawiali. Jeśli więc nawet rekiniasty czymś zawinił to i tak nie mogłam chować do niego urazy, skoro nie miałam o niczym pojęcia. Mogłam mieć tylko nadzieję, że z czasem prawda sama wyjdzie na jaw, a wtedy... wtedy dopiero będę się zamartwiała co dalej.
    Póki co, wolałam jednak cieszyć się chwilą obecną, która zresztą nie potrwała zbyt długo.

Kisame delikatnie mnie od siebie odkleił, po czym powiedział:

   - Chciałbym z tobą jeszcze zostać Hoshi, ale niestety przed organizacją czeka już na mnie Itachi. Lider wysyła nas na kolejną misję, więc wrócimy nie prędzej niż za kilka dni.

   Westchnęłam niepocieszona.

   - Rozumiem... chodź przyznam, że miałam nadzieję porozmawiać z tobą najszybciej jak to możliwe. - stwierdziłam i uśmiechnęłam się do niego smutno. - Jest tak wiele rzeczy o które chce cię zapytać.         

   - Wiem młoda, ale co zrobić. Tak wyszło. - rozłożył bezradnie ręce. - Rozkaz to rozkaz. Z Liderem się nie dyskutuję.

   - Tia. Skąd ja to znam. - przewróciłam znacząco oczami, by następnie uśmiechnąć się do niego szeroko. - Dobra. Jakoś wytrzymam te parę dni. W takim razie mogę ci już tylko życzyć jak największej liczby ofiar. Jak to się mówi:,,Po trupach, do celu”. Genialna dewiza, która zawsze się sprawdza. 

   - Jasne. Zwłaszcza w twoim przypadku. - wytknął mi Kisame.

   - Ej, co to niby miało znaczyć? - spytałam urażona.

   Rekiniasty spojrzał na mnie z litością.

   - Nic wielkiego. Po prostu staraj się raczej nie wychylać. Ludzie z organizacji bywają drażliwi. Zresztą, sama się wkrótce o tym przekonasz. - ostrzegł mnie po przyjacielsku i skierował się w stronę drzwi. - A i jeszcze jedno, Hoshi. Uważaj na Hidan'a. - rzucił na ostatek chwytając z klamkę . - Co prawda nie widziałem go jeszcze dzisiaj, ale jestem pewny, że on tego tak nie zostawi. Będzie chciał się odegrać. Musisz więc zachować czujność.

   Machnęłam na to ręką.

   - Wyluzuj, Kisame. - stwierdziłam beztrosko. -  Jeśli ktoś tu powinien uważać, to zdecydowanie on.    

   Rekiniasty westchnął zrezygnowany.

  - I do kogo ja to wszystko mówię. Zresztą, nie ważne. Nie zapomnij o kanapkach. Widzimy się wkrótce, młoda. - oznajmił na koniec i ostatecznie zamknął za sobą drzwi. 

  - Jasne. Widzimy się wkrótce. - powtórzyłam do siebie, po czym poszłam zabrać się za jedzenie kanapek.

        
                                                                   *     *     *
    

   Jednocześnie podekscytowana, a zarazem pełna wątpliwości opuściłam w końcu pokój, by z ciężkim westchnieniem wygramolić się na korytarz. Zamknęłam drzwi na klucz i z powrotem schowałam go do kieszeni.
    Zerknęłam jeszcze tylko na mapkę od rekiniastego i pewnym siebie krokiem ruszyłam w odpowiednim kierunku. Niestety nie dane mi było w spokoju zajść za daleko, bo gdy tylko skręciłam w najbliższy korytarz zostałam z całej siły pchnięta na przeciwległą ścianę. Momentalnie  przy tym chwycono mnie również za obydwa nadgarstki, a w następstwie znacząco unieruchomiono mi  ręce, dociskając je mocno do ściany tuż na wysokości moich uszu.       
   Sytuacja zdawała się być niemal beznadziejna. Wiem, ale... przyznam, szczerz że nie zmartwiło mnie to jakoś szczególnie. Od początku bowiem spodziewałam się tego spotkania i towarzyszących mu emocji, również. Dlatego jedyne co mnie zdziwiło to tylko ta łagodna wersja scenariusza jaką wybrał mój ''oprawca''. Myślałam, że od razu skręci mi kark lub chociażby wbiję nóż w plecy, a on... no, właśnie, co? Czyżby tak miała wyglądać jego zemsta? Nie, oczywiście, że nie. Skoro nie spróbował ukatrupić mnie od razu, to wygląda na to, że musi kierować nim jakiś zupełnie inny motyw. Pytanie tylko jaki...     
    
   - Czego chcesz? - warknęłam gniewnie, spoglądając odważnie we fiołkowe oczy napastnika.  

   - Jeszcze się pytasz. - odwarknął poirytowany Hidan. - Chyba mamy do pogadania, nie uważasz?

   - Raczej wątpię. Wczoraj bardzo dokładnie wyjaśniliśmy sobie wszystko. - stwierdziłam stanowczo, a po chwili namysłu jeszcze dodałam: - Chociaż... patrząc na ciebie widzę, że wczorajsza lekcja raczej niczego cię nie nauczyła. No cóż, nic straconego. Wygląda na to, że czeka nas powtórka.

   Uśmiechnęłam się kpiąco i z niecierpliwością oczekiwałam wybuchu wściekłości jaki miał nastąpić po moich słowach. Jednak wielce się rozczarowałam, a zarazem zdziwiłam kiedy w stu procentach opanowany Hidan, zamiast chociażby rąbnąć mną porządnie o ścianę,  zmrużył tylko lekko swoje fiołkowe oczy, a następnie uśmiechnął się dosyć złowieszczo.
       
   - Powtórka, mówisz? W sumie... czemu nie. Tylko, że tym razem to ja udzielę ci pewnej lekcji.- stwierdził wymownie, po czym przybliżył swoją twarz niebezpiecznie blisko mojej i dodał groźnym tonem: - Sprawię, że nie tylko pożałujesz za wszystko co mi wczoraj zrobiłaś, ale także udowodnię ci, że popełniłaś wielki błąd zadzierając ze mną. Ta lekcja będzie nauczką o której nigdy nie zapomnisz. Możesz być tego pewna. - wyszeptał mi na ostatek do policzka, a jego ciepły oddech delikatnie pogłaskał moją skórę.

   W jednej chwili zadrżałam. Nagle fala dziwnie znajomych dreszczy rozeszła się po całym moim ciele, a serce nieoczekiwanie przyśpieszyło. Poczułam się jak porażona, kiedy nieoczekiwanie zdjął mnie również strach. Oczywiście, nie był on spowodowany groźbami jakie padły właśnie z ust Hidan'a - nie. To czego się przestraszyłam to nic innego jak świadomość. Raptowna świadomość bliskości, która obecnie mnie z nim dzieliła.
   Poczułam się dziwnie nieswojo, gdy tylko zdałam sobie z tego sprawę. Pomimo, że skrępowanie z zasady nie leżało w mojej naturze, to jednak obecność Hidan'a który nie miał na sobie płaszcza, ani nawet koszulki, nie wiedzieć czemu podziałała na mnie wręcz powalająco. 
     Moje spojrzenie powodowane poniekąd ciekawością, nagle zupełnie podświadomie skierowało się  na jego nagą, dobrze zbudowaną  klatkę piersiową. Poczułam, że robi mi się gorąco, kiedy na powrót podniosłam wzrok i spojrzałam mu prosto w oczy. Ogarnęła mnie również złość, gdy moje policzki mimo woli zaczęły pokrywać się rumieńcem. Miałam ochotę zapaść się podziemie. Moja sytuacja nie dość, że była już patowa, to teraz w dodatku jeszcze żenująca.
   Hidan przez moment spoglądał na mnie badawczo, by następnie skwitować to perfidnym uśmieszkiem. Wtedy już nie wytrzymałam. Musiałam wybuchnąć.                       

   - Puszczaj mnie, ty dupku! - wysyczałam wściekłe.

   - A jak nie, to co zrobisz? - Hidan uniósł w górę jedną brew.

   - Puszczaj do cholery! - wrzasnęłam na całe gardło i w ostatnim akcie desperacji zaczęłam się z nim szamotać.

   Niestety ta nędzna próba wyrwania się z solidnego uścisku mojego ''oprawcy'', bardzo szybko spełzła na niczym. Hidan (chyba) będąc przygotowanym na taką ewentualność z mojej strony, bez trudu zakończył tą nagłą szarpaninę. Zresztą to było do przewidzenia, w końcu jako facet nie tylko przewyższał  mnie wzrostem, ale także siłą. W innych okolicznościach (takich jak chociażby wczoraj) bez trudu dałabym sobie z nim radę, a tak... no, cóż trochę mi się śpieszyło, a poza tym znudziły mnie już te jego gierki, więc   w ostateczności zdecydowałam się jednak wezwać pomoc.

   Wzięłam głęboki oddech i już miałam zacząć wrzeszczeć, lecz reakcja Hidan'a okazała się szybsza, bo zanim zdążyłam choćby pisnąć, jego lewa dłoń przykryła moje usta.

   Oj, zapłacisz mi za to..., pomyślałam mściwie,... oj, zapłacisz!       

   - Ej, ciiiicho. - uspokoił mnie zdecydowanie - No, co ty. Nie chcemy przecież by ktoś nam teraz przeszkodził. Mam rację? - zapytał złośliwie, a ja nie mogąc się odezwać, w odpowiedzi spiorunowałam go wzrokiem. Hidan westchnął ze zrezygnowaniem. - Na Jashina, nie mogę cię zrozumieć. Najpierw rzucasz mi propozycję rewanżu, a już za moment próbujesz nawiać. To nie ma żadnego sensu. Co jest z tobą nie tak, hm? - przyjrzał mi się uważnie, po czym stwierdził: - Wczoraj byłaś taka arogancka i  pewna siebie, a teraz proszę. Zachowujesz się jakbyś nagle straciła cały swój potencjał.  Pytanie tylko dlaczego. Naprawdę ciekaw jestem, co mogło tak na ciebie podziałać. - zastanowił się na głos. Wtedy właśnie mój oddech nieoczekiwanie przyśpieszył, a biedne serduszko osiągając swe apogeum, zaczęło walić w piersi jak oszalałe. Hidan czując mój ciężki oddech na swojej dłoni, zmrużył lekko powieki i uśmiechnął się z politowaniem.- Chyba się mnie nie boisz, co? -  jego twarz powoli zbliżyła się do mojej, by już po chwili nasze oczy podzieliły dosłownie milimetry. Odruchowo położyłam swoją wolną rękę na jego nagiej piersi, żeby go od siebie trochę odsunąć. Lecz  kiedy tylko to zrobiłam w odpowiedzi poczułam, że Hidan nagle zadrżał. Chodź otwarcie w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że mój dotyk jakkolwiek go poruszył, ja wiedziałam, że stało się inaczej. Nie byłam tylko pewna, czy to trauma po tym co zrobiłam mu wczoraj, czy może coś zupełnie innego. Z zaciekawieniem spojrzałam mu głęboko w oczy, a on oznajmił mi szeptem: - Ktoś taki jak ty, przecież nie wie czym jest strach. Jesteś przecież ponad tym, więc... co cię tak przeraża?

   Patrzyłam na niego w niemym osłupieniu. Zaledwie zdążył to powiedzieć, a zaraz nie wiedzieć dlaczego  skrzywił się i momentalnie mnie puścił. Z lekkim zdziwieniem wymalowanym na twarzy, cofnął się o krok, a następnie sięgnął rękę za plecy, by na powrót wyciągnąć dłoń z zaciśniętym w niej zakrwawionym kunai.     
   Hidan obrzucił mnie jeszcze przelotnym spojrzeniem i nie ociągając się dłużej, obrócił do tyłu. Ja również nie rozumiejąc co się dzieję, wychyliłam się lekko zza jego pleców, by móc spojrzeć w kierunku z którego nadleciała tajemnicza broń. Okazało się, że tym który odważył się zaatakować mojego ''oprawcę'' był (ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu) - chłopak w pomarańczowej masce. Normalnie szok! Tak, owszem miałam nadzieję, że ktoś jednak zjawi mi się z odsieczą, ale nie przypuszczałam zupełnie, że tym kimś będzie właśnie... Tobiasz.                 

   - Proszę zostawić Hoshi-senpai! - oświadczył stanowczo, swoim dziecięcym głosem. - Hoshi-senpai jest teraz jedną z nas i należy jej okazać szacunek.

   Tobiasz stał niedaleko nas w bojowej pozycji, ściskając w dłoni jeszcze jednego kunai. Wyglądał na zdeterminowanego, ale podejrzewałam, że w starciu z furią Hidan'a na niewiele może mu się to jednak zdać. Po plecach albinosa zaczęło spływać kilka czerwonych strużek. Rana na jego barku wyglądała na głęboką, ale nie ma co się temu dziwić, skoro Tobi cisnął w niego kunai'em z takiej odległości.
    Knykcie jego prawej dłoni, która ściskała właśnie zakrwawione ostrze wyraźnie zbielały. Chodź nie mogłam teraz zobaczyć jego twarzy, to byłam przekonana, że we fiołkowych zaczaił się mord. Ogarnęły mnie naprawdę złe przeczucia...         
 
   - Tobi... - w głosie Hidana wyraźnie brzmiała wściekłość. - … co ty kurwa odwalasz, się pytam!?

   - Tobi akurat tędy przechodził i zobaczył, że Hidan-senpai, atakuje jego nową koleżankę. - oznajmił z pretensją zamaskowany, po czym dodał z nieskrywaną dumą: - Tobi musiał pomóc Hoshi-senpai, bo Tobi to dobry chłopiec!
     
   - Musiałeś jej pomóc!? - powtórzył albinos przez zaciśnięte zęby. - I dlatego rzuciłeś we mnie kunai, tak!?

   - Tak.- Tobi potwierdził zgodnie z prawdą. - Hidan'owi-senpai się należało. Nie można w ten sposób traktować kobiet. 

     Słysząc to, aż mnie zatkało. Niby Tobiasz od początku wydał mi się jakiś upośledzony, a tu jednak proszę. Zasady savoir- vivre nie były mu jednak zupełnie obce. Skoro tak, to prawdopodobnie nie był również taki zły, jak go z początku odebrałam. Ale to wszystko wina tej jego przeklętej maski. Gdyby nie chował twarzy za tym kawałkiem plastiku, być może od razu spostrzegłabym w nim potencjalnego sojusznika, a tak... pewnie nigdy nie wyzbędę się nachodzących moją głowę uprzedzeń.       

   Hidan powoli ruszył w stronę zamaskowanego.  

  - Co, zachciało ci się zgrywać bohatera, hę? -  zapytał drwiącym tonem, po czym prychnął z pogardą. -  Jesteś naprawdę żałosny, jeśli myślałeś, że możesz się ze mną równać. Ostatnim razem ci się upiekło Tobi'aszu... -  stwierdził wymownie, a po krótkiej pauzie, dodał:- ...ale teraz już ci nie odpuszczę. Przekonamy się zaraz jaki jesteś odważny. 

   - Tobi to dobry chłopiec! - zamaskowany chłopak zapiszczał w odpowiedzi, by w następstwie rzucić w albinosa jeszcze jednym kunai.

   Trafiony prosto w samą pierś Hidan, mimo woli przystanął w miejscu, kiedy rzucone z impetem ostrze  przebiło mu skórę. Bez namysłu oczywiście, od razu chwycił za wystającą z jego ciała stalową rączkę, by następnie za jednym, szybkim pociągnięciem wyciągnąć z siebie zakrwawioną broń. Następnie popchnięty  chęcią zemsty jaka go właśnie ogarnęła, zacisnął kurczowo palce na swoich dwóch nowo nabytych kunai'ach i bez żadnego ostrzeżenia, zaszarżował na stojącego nieopodal chłopaka.                     

   - Tobi to martwy chłopiec! - wysyczał jadowicie Hidan, rzucając się na zamaskowanego. - Już nie żyjesz, gnoju!

    Tobi'asz jednak w ostatniej chwili zdołał uniknąć jego ataku. Zaledwie zdążył tylko odskoczyć dalej przed wymierzonym w niego ciosem, a  już rzucił się biegiem do i tak czekającej go ucieczki. Rzecz jasna mój niedoszły ''oprawca'', dla którego teraz liczyło się wyłącznie dopadnięcie Tobi'ego, nie zważając już nawet na moją osobę, pogonił jak burza za swoją nową ofiarą. Za nim więc zdążyłam się w ogóle połapać, oni już dawno zniknęli za zakrętem korytarza.  
    
   Odetchnęłam głęboko. Przez chwilę rozważałam jeszcze, czy aby nie powinnam za nimi pobiec. Ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że chyba nie ma takiej potrzeby. Skoro ten cały niepozorny Tobi był jednym z członków Akatsuki, to musiało oznaczać, że jego umiejętności walki spokojnie przewyższały poziom przeciętnego shinobi. Oczywiście dopuszczałam do siebie myśl, że jego przynależność do światowej elity morderców, wcale nie musiała od razu czynić go jednym z najsilniejszych. Dlatego gdyby okazało się, że Tobi'asz jest tu w charakterze czarnej owcy ( a patrząc na niego wydaje mi się całkiem prawdopodobne :P) to... no cóż, jego szanse na wygraną z Hidan'em są minimalne, żeby nie powiedzieć, że wręcz zerowe.         
   Jeśli jednak się co do niego pomyliłam, bądź jak to mówią :,,głupek będzie miał farta'' to nie omieszkam go później zapytać, co go podkusiło do tej samobójczej misji ratunkowej pod tytułem: Dama w potrzebie!
   Tak. Zapytam go na pewno... ale to już kiedy indziej. Teraz najwyższym priorytetem było jak najszybciej się stąd zawinąć. I tak już straciłam wystarczająco dużo czasu.
                                                                                                                       
  
                                                                   *      *      *

    W drodze do gabinetu Pain'a mimo wszystko nie zdołałam się do końca uspokoić. Nie potrafiłam również w żaden sposób poukładać sobie w głowie tego co się wydarzyło przed chwilą na korytarzu. Dlatego ostatecznie zdecydowałam, że nie będę wdawać się z Liderem w żadną dyskusję na ten temat. Moja odpowiedź będzie wyłącznie zdawkowa, o ile w ogóle sam o to zapyta.      

   Kiedy zapukałam trzykrotnie w dębowe deski i w następstwie usłyszałam, że mogę wejść, nie zwlekając dłużej otworzyłam drzwi i wsunęłam się do środka. Przyznam, że w pierwszej chwili zaskoczył mnie widok jaki teraz przyszło mi zobaczyć. Z pewnością dlatego, że tym razem ujrzałam wnętrze gabinetu Lidera w pełnym świetle. Teraz, gdy zamiast migotliwego blasku kilku świeczek, pomieszczenie oświetlała zwisająca z sufitu jarzeniówka, wszystko prezentowało się zdecydowanie... inaczej. Okazało się, że w pomieszczeniu stała wielka szafa na akta, a tuż obok niej  sięgająca prawie do sufitu biblioteczka pełna wielu książek. Nic dziwnego, że nie dostrzegłam ich  wcześniej, skoro wtedy panował tu półmrok. Lecz to co teraz zdecydowanie bardziej rzucało się w oczy, to walające się wszędzie stosy papierów. Biurko Lidera w całości przykrywały zarówno teczki, jak i pojedyncze sztuki kartek, a i na podłodze znajdowało się ich całkiem sporo. Totalny bajzel. Byłam ciekawa jak Pain się w tym wszystkim odnajduje. Pewnie nijak, skoro papiery w jego gabinecie robią za główną dekorację. 
   Przyznam szczerze, że zrobiło mi się go trochę żal. Jak się okazuje, bycie Liderem to nie tylko wydawanie rozkazów i bycie niezależnym od nikogo władcą, ale także odpowiedzialność, która niosła wraz ze sobą pewne obowiązki. Miedzy innymi właśnie sporządzanie wszelkich akt i dokumentów, jak i zarówno ich późniejszą segregację. Niewdzięczna robota.                  
   W takich chwilach cieszyłam się z tego jaką pozycję zajmuję. Chodź bycie masterem to na pewno hiper ekstra sprawa, to... mimo wszystko, nadal nie moja bajka.  

   - Nareszcie. Podejdź bliżej. - rozkazał Pain nie podnosząc głowy znad dokumentów. - Na przyszłość jednak radzę ci się nie spóźniać. Pewnym sprawą nie powinno się kazać czekać.

   - Jak sobie życzysz... Liderze. - bąknęłam cicho i ruszyłam w stronę biurka. Założyłam ręce na pierś i powiedziałam wprost. - Kisame mówił, że chcesz mnie widzieć. Mogę spytać o co chodzi.    

   - Tak. Opowiem ci wszystko po kolei... - zaczął mówić, ale nagle urwał, bo podniósł głowę i uważnie mi się przyjrzał. - Wyglądasz na zdenerwowaną. Coś się stało? 

   Cholera, czy jemu naprawdę nic nie umyka? pomyślałam z przekąsem.

    - Właściwie to... nie. - stwierdziłam już na głos.- Po prostu spotkałam po drodze Hidan'a i... - zastanowiłam się na moment co mu powiedzieć, by w miarę szybko dodać: - ...i rozmawialiśmy chwilę. Tak, właśnie. Miał pewne wątpliwości dotyczące tego co między nami zaszło, ale bez obaw bo już wszystko mu wytłumaczyłam.      

  -  Wytłumaczyłaś mu? - zapytał mnie podejrzliwie. - I on to zrozumiał?

  - Tak. Jestem o tym przekonana. - kontynuowałam swoją ''bajkę''. 

  - Zabiłaś go? - Lider zmrużył powieki.

  No i to by było na tyle. W sumie mogłam się tego pytania spodziewać. W końcu od wczoraj to ja robię za kata. Kto by w ogóle przypuszczał, że to ja mogłam paść ofiarą Hiadan'a? Chyba nikt, więc nie dziwić się czemu Lider mnie o to zapytał. W takim razie pozostało mi tylko o wszystkim mu opowiedzieć, no albo... 

   - A jak miałam inaczej postąpić? Tak mnie wkurzył, że porąbałam go na kawałki. - odrzekłam kpiącym tonem, by następnie go zapewnić: -  Ale niczym się nie martw. Świadków nie było, a dowody zniszczone.

   Lider spojrzał na mnie spode łba. Westchnęłam cicho, przewracając przy tym oczami.

   - Ok. Sorry. - rzuciłam od niechcenia i wzruszyłam ramionami. - Tylko żartuję, przecież nic mu nie zrobiłam.

   ( Bo i taka właśnie była prawda. To przecież Tobi rzucał w Hidan'a tymi kunai'ami, a nie ja! )

   Pain przetarł dłonią skroń, po czym odchylił się na krześle.     

   - Nie ważne. Przejdźmy lepiej do konkretów. - orzekł stanowczo. - Po tym co wczoraj zobaczyłem jestem już pewien, że bez większego problemu poradzisz sobie na misjach, ale... mogę też z powodzeniem stwierdzić, że zdecydowanie brakuje ci samokontroli. - słysząc to chciałam już się wtrącić, lecz Pain skutecznie uciszył mnie gestem ręki. - Daj mi skończyć, Hoshi. Musisz wiedzieć, że nie wszyscy członkowie organizacji są nieśmiertelni, więc nie z każdej sytuacji wyjdą obronną ręką. Jeśli przykładowo się wkurzysz i stracisz kontrolę, będziesz potrzebowała kogoś kto nad tobą zapanuję. Chociażby tak, jak to wczoraj zrobił Kisame. Dlatego dobrze to sobie przemyślałem  i ostatecznie postanowiłem, że pójdziesz na swoją pierwszą misję. Tyle, że nie z jedną, a z dwoma dodatkowymi osobami.

   - Ah tak...- zrobiłam zamyśloną minę. Przyznam, że słowa Pain'a nie do końca do mnie przemawiały, więc żeby było ciekawiej, postanowiłam się z nim troszkę podroczyć -...czyli wnioskując uważasz, że... jednak sobie nie poradzę?
       
   - Czy ty mnie w ogóle słuchałaś? - w jego głosie wyraźnie wyczułam nutkę... nie, raczej symfonie rozdrażnienia. Hi hi hi, niesamowite, że tak niewiele potrzeba by go wkurzyć.

   - Oczywiście, że cię słucham. - żachnęłam się teatralnie, a następnie dodałam po cichu. - Już wyobrażam sobie jaki los spotkał tych którzy cię nie słuchali.

    - Wątpię byś była w stanie to sobie wyobrazić. - stwierdził Pain, śmiertelnie poważnym głosem. 

    - Pewnie masz rację.... - wzruszyłam lekko ramionami - ...ale mniejsza z tym. Lepiej powiedz mi,  kogo masz na myśli.

   - Sasori i Deidara czekają już na ciebie na zewnątrz. - oznajmił Lider. - Przekazałem im wcześniej szczegóły misji, więc żeby nie marnować więcej czasu wszystkiego dowiesz się od nich. Jeśli jednak masz jeszcze jakieś pytania to teraz jest na to najlepszy moment.      

   Zrobiłam zamyśloną minę i po krótkiej chwili odrzekłam: 

   - Chyba mam pytanie. Jacy miej więcej oni są i czego mogę się po nich spodziewać?

   - To dwa pytania – stwierdził Pain z lekkim uśmiechem - ale w porządku. Podobnie jak ty, oboje interesują się sztuką, lecz...        

  - Poważnie!? To ekstra wiadomość. - moje oczy rozbłysły nagłym zainteresowaniem. -  W takim razie jestem przekonana, że uda nam się dogadać. 

  - Nie wiem czy warto się tak ekscytować – stwierdził sceptycznie, ignorując tym razem fakt, że śmiałam mu przerwać.- Ich zdania na ten temat są podzielone i dlatego dość często się ze sobą sprzeczają. W ich obecności raczej uważaj na to co mówisz.

   - Spokojnie. Nie taki diabeł straszny jak go malują. - machnęłam ręką i uśmiechnęłam się zadziornie.       

   - Niech ci będzie. - tym razem to Pain przewrócił oczami. Chyba mu się ode mnie udzieliło. - No a jeśli chodzi o ich osobowość to w wielkim skrócie Deidare określiłbym jako upartego narwańca, natomiast Sasori... - Pain zrobił krótką pauzę, szukając odpowiedniego słowa. - Sasori to... profesjonalista. Tak, to do niego najlepiej pasuję. Lepiej okaż mu szacunek i słuchaj tego co mówi.
  
   - Tak dla jasności. Sasori to ten czerwonowłosy chłopaczek, który dał mi lekarstwo zaraz po przebudzeniu? - dopytałam marszcząc brwi.

   - O nim właśnie mowa. - potwierdził spokojnie Pain.

   - Rozumiem, ale... czy on nie jest przypadkiem ode mnie młodszy... bo w sumie sprawiał takie wrażenie. Może mi się tylko wydaję, ale jeśli rzeczywiście jest młodszy, to chyba on powinien mi okazywać szacunek i mnie powinien się słuchać.

  Lider zajrzał mi głęboko w oczy.   

   - Nie oceniaj ludzi po pozorach, Hoshi. One często lubią mylić.

   - Co masz przez to na myśli?

   - Prędzej czy później sama zrozumiesz - odpowiedział tajemniczo - a teraz, idź już wreszcie. Jak mówiłem, pewnym sprawą nie powinno się kazać czekać. To samo zresztą dotyczy ludzi.

   - Cokolwiek. - stwierdziłam obojętnie, wzdychając cicho. Poprawiłam opaskę Ame i posłałam mu niegrzeczny uśmieszek. -  Po prostu życz tej dwójce powodzenia. Wygląda na to, że będzie im potrzebne.

   - Jednak mnie nie słuchałaś. - pokręcił głową ze zrezygnowaniem i wyciągnął w moją stronę jakąś kartkę. - Trzymaj. Ta mapka zaprowadzi cię na zewnątrz.
 
   - Super, dzięki. - skwitowałam przejmując od niego papierek.

    Lider nic więcej nie dodając wrócił do przerwanej pracy. Ja również nie zwlekając dłużej, obróciłam się na pięcie i ruszyłam do wyjścia. Lecz gdy miałam już zamknąć za sobą drzwi, moich uszu dobiegł cichy głos Pain'a.      

   - Powodzenia, Hoshi.

   Opuszczając klamkę mimo woli się uśmiechnęłam.

   I kto tu kogo nie słucha, pokręciłam lekko głową, To im przecież miałeś życzyć powodzenia...  


                                                                *      *      *

   Dzięki prowizorycznej mapce nabazgranej na papierze, w miarę szybko zdołałam odnaleźć wyjście z organizacji. Przed kryjówką faktycznie już czekała na mnie dwójka moich tymczasowych partnerów. Blond włosy chłopak... Deidara z tego co pamiętam, akurat siedział na ziemi po turecku, ale widząc, że już idę zaczął się podnosić. Natomiast stojący obok niego... Sasori? Nie, chyba zaszła jakaś pomyłka, bo mężczyzna którego miałam przed sobą był krępy, niski, jego twarz okrywała chusteczka, a spod płaszcza wystawał... czy to metalowy ogon? Zresztą, nie ważne. Chodziło o to, że on zupełnie nie przypominał Sasor'iego którego miałam okazje wcześniej spotkać. Więc albo w organizacji były dwie osoby o tym samym imieniu, albo... nie, to bez sensu. Nie będę się domyślać. Lepiej jak on sam mi to wytłumaczy.    
                      
  - Hejka chłopaki! Jak tam, gotowi na podróż życia? - rzuciłam zaczepnie, a następnie zwróciłam się do nieznajomego. - Ale my się chyba jeszcze nie znamy. Jestem Hoshi, a ty to na pewno...

  - Ile można na ciebie czekać. - rzucił poirytowany mężczyzna, szorstkim i nieprzyjemnym głosem. -  To, że coś tam potrafisz nie czyni cię jeszcze wyjątkową. Na przyszłość radzę się nie spóźniać.

  Uuu... jak milutko, pomyślałam nieco zaskoczona i zarazem rozczarowana, Szkoda, bo miałam nadzieję, że nieco później zdejmiemy nasze maski..., ale w sumie jak sobie życzysz.

  - Wybacz mi panie, to się już więcej nie powtórzy. - odrzekłam kpiąco i patrząc mu głęboko w oczy wykonałam teatralny ukłon.
        
   Blondyn cicho zachichotał widząc moją postawę, ale zabójczy wzrok jego partnera momentalnie przywrócił go do porządku. Super, chyba kogoś tu uraziłam, bo karzełek bez zastanowienia ruszył w moją stronę i zatrzymał się dopiero w odległości na wyciągnięcie ramion. Przez kilka kolejnych sekund mierzył mnie groźnym wzrokiem.

   - Lepiej mnie nie lekceważ dzieciaku. - warknął ostrzegawczo, a jego ogon w międzyczasie oplótł się wokół mojego tułowia. Nie zareagowałam na to jednak w żaden sposób. Postanowiłam, że na zewnątrz zachowam spokój, chodź w środku czułam wyraźne rozdrażnienie. - Udzielę ci pewnej rady, więc słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał. Następnym razem w mojej obecności, nie zapominaj czym jest szacunek, ponieważ możesz mi wierzyć, że źle się to dla ciebie skończy. - metalowy ogon zacisnął się znacząco na moich płucach, przy czym na krótką chwilę pozbawił mnie tchu.- Pierwsze ostrzeżenie. Następnym razem nie będę tak wyrozumiały.

   Po tych słowach wreszcie zabrał ze mnie swój stalowy ogon, a ja upadłam na kolana i łapczywie zaczęłam chwytać powietrze. Obrzucił mnie jeszcze jednym, pełny pogardy spojrzeniem i nie czekając na to aż się podniosę, po prostu jak gdyby nic ruszył w drogę. 
   Jeśli chodzi o Deidare to przez chwilę sprawiał wrażenie jakby się wahał czy mi aby nie pomóc. Ostatecznie jednak nic nie mówiąc, obrócił się na pięcie i podążył za swoim partnerem.
   Nie miałam jednak żalu do blondyna. Gdyby został i chciał mnie teraz wesprzeć prawdopodobnie to na nim wyładowałabym całą negatywną energię. Dobrze, że sobie poszedł, bo właśnie poczułam jak wściekłość przejmuje nade mną kontrolę.                                                                                                                      

   Kurwa, z całej siły walnęłam pięścią w ziemie, co on sobie wyobraża!?

   Przypuszczałam, że początki w Akatsuki mogą być trudne, ale żeby aż tak!? Jak ja miałam się do cholery nie wychylać, kiedy ktoś otwarcie rzucał mi wyzwanie.

    Szlag by go, druga pięść uderzyła  mocniej... przeklęty karzeł. 

   W pierwszej chwili zamierzałam wstać, przeciąć skórę na dłoni i rzucić mu się do gardła. Niestety poczucie konsekwencji tym razem okazało się silniejsze bo po kilku głębszych wdechach postanowiłam mu odpuścić... a przynajmniej na razie i to tylko dlatego, że przypomniałam sobie słowa mistrza Ranmaru, które do dziś zresztą siedzą mi w głowie. Pewne sentencje powtarzał dość często, dzięki czemu nawet wtedy usłyszałam jak mówi : ,, Pamiętaj, Hoshi. Pierwsze nieporozumienia rodzą późniejsze konflikty, a od tego już tylko jeden krok do pozyskania wcale niepotrzebnych wrogów. ''

   Mistrz Ran jak zwykle musiał mieć rację. Nie chciałam przecież już na wstępie skreślać się w oczach mojej nowej ''rodzinki''.                              
 
   Podniosłam się więc z kolan i szybki ruchem ręki otrzepałam płaszcz. Jeszcze przez chwilę stałam tak w miejscu i spoglądałam na dwie, oddalające się sylwetki. Moje palce zacisnęły się w pięści, a usta lekko skrzywiły.    

    Ok, karzełku. 1:0 dla ciebie... pomyślałam zawzięcie... ale to jeszcze nie koniec. Tak chcesz się bawić? Dobrze. Pierwsza runda za nami, jednak pamiętaj... ten się śmieję kto się śmieje ostatni. Jeszcze się przekonamy czyje będzie na wierzchu.         

                                                                   *     *    *

   Ohayo i od razu na wstępie, Gomenasai ludziska! Wiem, że od dłuższego czasu nie wklejałam żadnych postów, ale możecie mi wierzyć, że sama szczerze nad tym ubolewałam. Dlatego choćby nie wiem co, musiałam tu w końcu wrócić. Rozgrzałam palce, postukałam nimi trochę w klawisze i     tak oto jestem z tym nowym rozdzialikiem :D Czy było warto? Mam nadzieję, że sprostał oczekiwaniom choć niektórym z was bo brakowało w nim elementu, który odgrywa główną rolę w tym opowiadaniu. No brawo, oczywiście, że chodzi o krew! Niestety w tym rozdziale nie dało się dokonać żadnej transfuzji. Mimo to operacja przeprowadzona na treści przeszła pomyślnie ;) A jeśli chodzi o komplikacje, no cóż... to chyba nic innego jak negatywne komentarze. Dlatego zachęcam do nie zabijania tego bloga :) Eutanazja tylko w ostateczności XD
  Tak na poważnie to czekam na wasze opinię i zachęcam do wyczekiwania na następny rozdział! Będzie przemoc, będą wulgaryzmy (spokojnie, tylko w rozsądnej dawce), no i oczywiście krew. W końcu to misja w stylu Akatsuki, więc wszystko może się zdarzyć. ;D
          


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz